
Przyznaję, kiedy dostałem zaproszenie od zaprzyjaźnionej ekipy z firmy chiptuningowej, byłem sceptyczny. Ja, człowiek żyjący z wymyślania zbrodni i fabularnych zwrotów akcji, miałem spędzić cały dzień na wodzie. Z nimi. Inżynierami, których rozmowy o niutonometrach i mapach zapłonu brzmią dla mnie jak szyfry Enigmy. „Będzie super, odpoczniesz!” – mówili.
Nie spodziewałem się, że będą mieli aż tyle racji.
Nasza przygoda zaczęła się w miejscu o uroczej nazwie Przystań u Dorotki. I muszę powiedzieć, że panował tam chaos, ale był to chaos absolutnie pod kontrolą. Tętniący życiem, pełen śmiechu i dźwięku przesuwanych kajaków. Ekipa z Kajaki Nida działała jak dobrze naoliwiona maszyna. Szybkie, konkretne instrukcje, zero zbędnego gadania, a przy tym uśmiech i autentyczna pasja. W ciągu kwadransa cała nasza zgraja – specjaliści od tuningu i jeden pisarz – siedziała w dwuosobowych kajakach, uzbrojona w wiosła i poczucie, że zaraz wydarzy się coś niezwykłego.
Woda. Cisza. Ruszyliśmy.
Nida okazała się być narratorką o wiele lepszą ode mnie. Leniwa, meandrująca, otoczona zielenią tak soczystą, że oczy bolały od patrzenia. Płynęliśmy, a świat wokół zwalniał. Gwar cywilizacji został gdzieś za plecami. Nagle okazało się, że prezes firmy, na co dzień człowiek z żelaza, z zapałem godnym dziecka ściga się z młodym programistą. Ich zmagania zakończyły się, gdy kajak szefa z cichym szurnięciem osiadł na mieliźnie. Śmiech niósł się po rzece przez dobrych kilka minut.
To była pierwsza lekcja, jaką dały nam te spływy kajakowe w świętokrzyskim – na wodzie wszystkie tytuły i stanowiska tracą znaczenie. Jesteś tylko ty, twój partner z kajaka i rzeka, która ma ostatnie słowo. To był team building, jakiego nie da się zaplanować w żadnej sali konferencyjnej. To idealna opcja na spływy kajakowe dla firm.
Był taki moment, gdzieś w połowie trasy, gdy wpłynęliśmy w odnogę otoczoną starymi wierzbami. Woda stała się niemal nieruchoma, tworząc lustro dla nieba. Ktoś rzucił hasło: „cisza!”. I zamilkliśmy wszyscy. Wtedy, tuż przed nami, z trzcin poderwała się do lotu czapla. Majestatyczna, powolna, nierealna. Obserwowaliśmy ją w absolutnym milczeniu, dopóki nie zniknęła za zakrętem.
W tamtej chwili zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. O odcięcie. O reset, którego nie da ci najlepszy serial ani najszybszy samochód. To było czyste, nieskażone „tu i teraz”.
Cała logistyka tego dnia była po prostu perfekcyjna. Sprzęt był czysty i zadbany. Mapka, którą dostaliśmy, okazała się idiotoodporna (co w naszym przypadku było kluczowe). A na mecie czekał już na nas transport, gotowy zabrać nas z powrotem do Przystani u Dorotki. Zero stresu, zero problemów. Czysta przyjemność.
Jeśli szukasz sposobu na firmową integrację, która nie jest kolejnym nudnym bankietem, albo po prostu chcesz uciec na jeden dzień od wszystkiego – przestań szukać. Złap za telefon. Zrób to.
To nie będzie historia kryminalna, ale gwarantuję, że Nida i tak skradnie Ci serce. A to zbrodnia, której z przyjemnością się poddasz.
Chcesz przeżyć to samo?
Nie czekaj, aż ktoś zaprosi Cię jako gościa specjalnego. Bądź bohaterem własnej przygody.
R. Mróz